/
23 grudnia 2018
/
Recenzje

Recenzja Peja „25 Godzin”: ulica robi skrrr

Peja to żywa legenda polskiego hip-hopu i nie mam najmniejszego zamiaru dyskutować z tym stwierdzeniem. Nie można jednak dopuścić, by pomnik, jaki za życia wybudował sobie Rychu, osłaniał go przed wszelką krytyką i zatykał uszy odbiorców. Najnowszy album reprezentanta Poznania pokazuje bowiem, że mimo tylu lat w grze Peja powinien się jeszcze sporo nauczyć.


Rychu dźwiga na swoich barkach bagaż ćwierćwiecza spędzonego na scenie. Czuć to już od pierwszych wersów, które rzuca na 25 godzinach. Jego doświadczenie sprawia, że nie można mu odmówić autentyczności i naturalnej charyzmy. Ale takiego Rycha znamy już z poprzednich wydawnictw, gdzie odmalowywał przed nami blaski i cienie ulicznego życia, opisywał drogę na szczyt i konstytuował swój artystyczny status. Zapowiedź, która pada w Tu jest najlepiejWracam do gry jeszcze bardziej poznański/ Jeszcze bardziej penerski styl – zdaje się obietnicą bez pokrycia.

Oldschool vs newschool

W czasie swojej artystycznej działalności Peja stworzył prawdziwie żelazny elektorat. Właśnie z tego powodu mógł sobie pozwolić na korzystanie z tych samych, znanych już wcześniej, zabiegów. Jednak jeszcze przed premierą nowej płyty dowiedzieliśmy się, że 25 godzin będzie krokiem poza dotychczasową “strefę komfortu”. Eksperymenty z nawijką, świeższe brzmienia i dobór gości – to wszystko miało sprawić, że po album sięgną nie tylko dotychczasowi fani, ale również młodsi odbiorcy. Cóż, nie wszystko poszło zgodnie z planem.

O tym, że nadchodzi nowe, możemy przekonać się już od pierwszych sekund trwania krążka. Intro to leniwy podkład z minimalistyczną trapową perkusją i wolniejszym BPM-em. Bitów, które czerpią z nowoszkolnych brzmień jest oczywiście więcej. Najlepszy przykład to Głucha Noc 2, czyli reinterpretacja jednego z popularniejszych utworów rapera. Progresywny sub-bass, agresywne hi-haty i snare z reverbem tworzą doskonałe tło dla bezkompromisowej braggi Rycha i hooka Stana Borysa.

Tu jest najlepiej

Rychu zaczyna mocnym akcentem – drugi numer na trackliście doskonale pokazuje, że Peja najlepiej odnajduje się na klasycznych pętlach. Efektem jest nie tylko lekkostrawne płynięcie po bicie, ale również jeden z lepszych refrenów wydawnictwa. W kawałku znajdziemy również smaczek w postaci follow-upa do numeru Mój rap, moja rzeczywistość z albumu Na legalu?:

Rozrywek zbyt dużo, by ogarnąć wszystko w weekend

Tylko mapę turystyczną ziomuś wypierdol w kibel

Oryginalny tekst Wyprowadzę cię bez mapy pojawia się zresztą pod sam koniec w postaci cuta. Podobnych akcentów znajdziemy oczywiście więcej. Przykładem może być chociażby tytułowy numer 25 godzin, w którym pada wers:

Wciąż budziłem się na jakiejś chacie u jakiejś obcej dupy z kacem

W rzeczonej linijce “u” stanowi nie tylko integralną część samego fragmentarycznego storytellingu, ale również mocno zaakcentowany ad-lib, co pokazuje, że Rich stara się eksperymentować z nawijką. Oprócz tego na płycie usłyszymy kilka naprawdę zgrabnych gier słownych, które docierają z pewnym opóźnieniem i dają po głowie. Za przykład może posłużyć: Utraciłeś swe aktywa, przez pasywną grę synu z Dramy, czy dwuwers: I myślę o tym jak ona rozkłada zmysłowo uda/ Zawsze wtedy dzieciaki rozkłada wirus mam lipę z Uważaj czego sobie życzysz.

To, że Rychu serwuje kilka celnych linijek i głębszych rozkmin nie oznacza oczywiście, że wszędzie jest tak cukierkowo. W wielu miejscach rymy są na tyle proste, że przed wysłuchaniem można powiedzieć, jak skończy się następna linijka. Jak już się pewnie domyślacie rymowanie łóżku z serduszku w Dramie jakoś szczególnie nie chwyciło mnie za serce.

Goście to nie bajka Disney

Płyta jest nierówna nie tylko ze względu na nieprzewidywalność lirycznych umiejętności Pei, ale również przez gości. Zacznijmy od tego, że jest ich mało, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość albumu. Sam pomysł połączenia na płycie raperów różnych pokoleń sprawdza się całkiem dobrze, choć niektórzy zdają się odstawać jeszcze bardziej, gdy porównać ich do młodszych kolegów. Z fitów na pewno warte uwagi są refreny – mam na myśli Igiego w Nie bądź zdziwiony i Beteo w Amber, w którym swoją drogą zaciągane flow bardzo przypomina mi Tomba z Patrzę na Ciebie jak śpisz. Reprezentant SB serwuje również melodyjne podbitki, które wpływają oczywiście pozytywnie na odbiór całego kawałka, ale pokazują jednocześnie, że Rychowi brakuje trochę luzu na pętlach.

Nieco egzotyki i urozmaicenia, za sprawą samego języka, dorzucają Blokkmonsta, Clementiono i Edo. G. Featy nie ustrzegły się jednak przed pewnymi potknięciami, które są praktycznie niezauważalne, ale przy uważnym przesłuchaniu rzucają się “w uszy”. Mam tu przede wszystkim na myśli rozkminę o bajkach Disneya, na którą wpadł zarówno Brahu w Moja ambicja (Mam ambicje zamienić ten szary beton w bajkę jak Disney), jak i Hellfield w Przemoc i Sex (Britney po xanach Ra, ta, ta!/ To nie Disney bajka). Innym słabym punktem był wers Eripe, który choć dopieszczony i dopracowany technicznie, wydawał mi się zbyt przekombinowany. To, co u gospodarza zadziałało, bo nie pojawia się zbyt często, w kawałku Tylko zwycięstwo zwyczajnie przytłacza i urasta do karykaturalnych rozmiarów.

Bardziej props niż hejt

Największym problemem 25 godzin jest wspomniana wcześniej objętość. Gdyby nieco uszczuplić wydawnictwo, to z pewnością zyskałoby na dynamiczności, a wyróżniające się kawałki jeszcze bardziej zapadałyby w pamięć. Nie da się przy okazji ukryć, że część numerów spełnia rolę zwykłego zapychacza. Jest to szczególnie widoczne w kontekście poruszanej problematyki. Rychu korzysta bowiem z tego samego wachlarza tematycznego, który był obecny na poprzednich wydawnictwach. Liczne próby rozliczania się ze sceną i wytykanie niedoskonałości młodych raperów? To mieliśmy już na DDA, w takich kawałkach jak chociażby Emanon, czy W czasie gdy.

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że najnowszy album Pei skutecznie broni się na kilku płaszczyznach. Z całą pewnością należy docenić samą próbę eksperymentowania i chęć dotarcia do młodszych odbiorców. Peja stawia się jednocześnie w roli mentora, ale dzięki swojemu doświadczeniu zabieg nie ma ani grama sztuczności – album jest przesiąknięty gorzką refleksyjnością człowieka, który wyrwał się z biedy, doznał luksusu i poznał ciemną stronę sławy. Dodając do tego świetne i dopracowane bity Magiery otrzymaliśmy naprawdę solidny produkt. Stąd autorefleksyjna linijka, która pada na ŻyciówceMógłbym zwyczajnie przestać, mam co grać na koncertach -ma w sobie trochę racji, ale Rychu to weteran, którego głosu na polskiej scenie zwyczajnie potrzebujemy.

Podobne wpisy
Popularne